piąta pora roku

2016

Kiedy już cię mają dość

"The chair is an island darlin, you can't touch the floor" FATM

 

To jak ze słowami, niektórych nie możesz użyć, by być bezpiecznym, tak jak nie możesz dotknąć podłogi, bo sie utopisz.

 

Mijają dni, miesiące, lata, a mój rozwój stoi w miejscu. Zaliczam kolejne koncerty Florence, czytam kolejne razy Harry'ego Pottera, coś tam oglądam, w coś gram, coś sadzę, coś przesadzam, zajmuję czas mało istotnymi rzeczami, przepuszczam dni jak wodę między palcami i nadal boję się zrobić coś ważnego. Łudzę się, że mam jeszcze czas, okłamuję swoje dni, przesypiam je, dla odmiany, bez zamykania oczu. Nadal jest czas na wszystko. Tylko nie na życie.

 

Na przełomie kilku lat niewiele się zmieniło. Mama wciąż pije, właściwie to już z wielkim trudem wstaje z łóżka. A w lodówce stoi 0,7 czystej, w paczce z prezentem 0,5. Gdyby czasem nie musiała pójść do pracy, nie wstawałaby w ogóle. Ojciec nadal nie wiem jak wygląda, gdy jest trzeźwy, od świtu do zmierzchu pstrykają te puszki. Siostra wciąż użala się nad swoim nieszczęsnym małżeństwem, gdy próbuję jej się zwierzyć, mówi, że i tak mam dobrze, bo mam wybór. No jasne, że tak. Skąd tylko u licha pomysł, że ona go nie ma? Z B. już dawno wskoczyłam na inny poziom relacji. Bardziej koleżeński, mniej przyjacielski. Tak właściwie czasem się nie dziwię dlaczego M. ma mnie dość. Musi być mi partnerem, kolegą, przyjacielem, kochankiem, terapeutą, koleżanką, ojcem, siostrą, bratem, można czasem spasować. Czasem tak. Nawet trzeba i mu się nie dziwię. Bo wiem, że nie da się ze mną wytrzymać. Ja mam z tym problem, bardzo często nie umiem wytrzymać ze swoją głową. Niemy krzyk tylko bardziej wkurwia, bo ta, do której jest skierowany, nie potrafi nic z tym zrobić.

Nie chcę tak myśleć, ale jeśli mam być ze sobą szczera, to ciało i rozum podpowiadają mi, że potrzeba wybaczenia jest przyczyną mojego problemu. Wciąż obwiniam rodziców za moją nieudolność do życia, nieumiejętność podejmowania decyzji, skłonność do ucieczek, użalanie się nad sobą, strach przed zmianami na lepsze, za wystawianie drugiego policzka i za złe nastroje, którymi rujnuję relacje z wszystkimi, których kocham i tym samym silniej odpycham. W głowie wciąż słyszę słowa "wypchaj się, odwal się, chuj wam w dupę" i niszczy mnie to. Czuję się struta nienawiścią i bardzo mi z tym źle, i bardzo nie umiem się naprawić...

Wszystko z czym się borykam, wiąże się z alkoholizmem. Nie umiem pogodzić się z piciem moich bliskich. Wszystko krzyczy NIE!!! Gdy pojawia się alkohol wśród ludzi, z jakimi żyję, zmieniam się minę, która zaraz może wybuchnąć, która rani jak skurwysyn, aż sama nie wierzę.

U M. tęsknię za domem, który jest oddalony o setki kilometrów. U siebie tęsknię za samotnią, w której znów mogę się zamknąć sama z M. by nic mi nie "pomagało" psuć naszego związku. Nigdzie jakby nie jest dobrze. Wszędzie zabieram ze sobą syf, noszę go w głowie i zaśmiecam nim serce i duszę. Nie wiem jak mam się oczyścić.

Zapisałam się na studia we Wrocławiu, z jednej strony bardzo się boję tego co może mnie czeka, gdy mnie przyjmą na uczelnię. Obawiam się obowiązku uczenia się, co zawsze sprawiało mi kłopot, obawiam się o pieniądze, o to gdzie i z czego będziemy żyć, obawiam się odległości od domu mojego i od domu M. obawiam się tego, że stracę wiele miesięcy może lat życia M. którego może nie chciał, ale był na tyle uprzejmy, że nic nie powiedział. Już tyle razy zmieniał dla mnie decyzję.

Jest też druga strona medalu, ta podniecająca. Umysł podstępnie podsuwa wizję czegoś intrygującego, czegoś pięknego, jakiegoś marzenia... przez to marzenie uczepiłam się tego wielkiego i może głupiego wyzwania. Tyle czasu próbowałam wymyślić co mam ze sobą zrobić, czym się zająć, czy odejść z domu, czy zaryzykować, gdzie zamieszkać i jakoś bez pomysłu, który choćby delikatnie musnął pragnienie. Te studia, to pomysł, który poruszył serce, nie jakoś mocno, ale poczułam. Zobaczyłam wizję siebie, gdy już nie czuję sie głupio wśród znajomych moich i M. Gdy już się nie mówię, że nie wiem co zrobię, że nic nie robię. Zobaczyłam wizję siebie, tą, która coś wie, coś potrafi, która pracuje gdzieś w jakimś wydawnictwie, w gazecie, pisze swoje artykuły, pierwszą książkę, wydaje tomik, jest dumna z siebie, czuje się dobrze ze sobą, jest dzięki temu szczęśliwa, Uszczęśliwia dzięki temu innych, nie jest egoistką, nie jest ofiarą, żyje pełnią życia, bo jest świadoma przemijania, jest świadoma chwili, niepowtarzalności, piękna i życia wokół, która akceptuje i przyjmuje wszystko co los daje, bo zmieniła się, osiągnęła coś, o co trudno było zawalczyć, ale tym bardziej było warto. Czy ta wizja jest prawdziwa? Raczej nie. Już słyszę M. w głowie. To możesz mieć i bez pójścia na studia, wystarczy pokochać siebie, wystarczy wybaczyć, wystarczy być świadomym, a pozytywne nastawienie będzie czymś normalnym.

Wdzięczność i miłość, niby jest w nas, ale chyba niezbyt prawdziwa, skoro jesteśmy tacy nieszczęśliwi wszyscy...

Idę spać, może w tych obawach nadejdzie lepszy świt.

 

 

___________________________________________________________